poniedziałek, 2 lipca 2007

Sharm El Sheikh

Sharm El Sheikh Ostatni mój dzień w Egipcie to błogie odpoczywanie po wycieczce do Kairu. Czyli spanie do 12, a potem leniuchowanie nad basenem :-)

W międzyczasie dowiedziałem sie, po co Egipcjanie tyle "trąbią" na ulicach. Ponoć mają swój cały język "klaksonowy". I tak np. pojedynczy, krótki sygnał to 'cześć', podwójny krótki to 'przepuść mnie', a jeden długi to 'spadaj'. Ważniejszym jest podobno znać ten język, niż inne zasady ruchu drogowego (których i tak tu nikt nie przestrzega :)

W dużych miastach na każdym skrzyżowaniu stoi policjant, ale nie po to by kierować ruchem lub kogoś zatrzymywać i wlepiać mandat za wykroczenia, stoi tak z notesikiem i zapisuje nr rejestracyjne samochodów, których kierowcy popełniają różnorakie wykroczenia. Następnie raz na trzy lata, wspomniany kierowca płaci jeden zbiorczy mandat.

Ciekawie też otrzymuje sie tutaj samo prawo jazdy. Otóż przychodzi tata z synem i mówi, że nauczył go jeździć - na tej tylko podstawie młodemu kierowcy wydawane jest 'prawko'.

Tego dnia wieczorem mieliśmy jeszcze "nurkową" imprezę (w bazie Nautica Szarm) na której odbyło sie oficjalne "płetwowanie", czyli wręczenie certyfikatów poprzedzone ostatecznym sprawdzianem: jak mocne uderzenie pletwą przez instruktora w du.. tzn. tyłek jesteś w stanie wytrzymać ;-)

niedziela, 1 lipca 2007

Kair

Kair Kair, stolica Egiptu. Przyjechałem tu, głównie zobaczyć piramidy w Gizie. Bo trzeba ;-)

Przy okazji zwiedziłem muzeum egipskie, muzeum papirusu, wytwórnie perfum oraz bazar w Kairze. A pod piramidami miałem okazje pojeździć na wielbłądzie (jednak nic to szczególnego, wole konie :)

Trzeba tam pojechać, tylko ze względu na piramidy - żeby choć raz tam być i móc je zobaczyć. Cała reszta... nie warta jednego dolara. Ogólnie Kair jest brudny, zatłoczony i pełen arabów próbujących każdym sposobem wyłudzić od turysty kasę. Np. wręcz siłą wkładają Ci swój turban na głowę, pchają na wielbłąda, zabierając z rąk aparat, robią nim kilka zdjęć a następnie żądają za tą "przysługę" pieniędzy (możesz oczywiście sobie krzyczeć: "nie! no! nein! ..." nie pomaga)

Na bazarze: wszyscy sprzedają ten sam szmelc, łapią za ręce, ciągną do swoich straganów, wpychając co tylko maja pod ręka, a na koniec oczywiście żądając za wszystko pieniędzy. Jak mówisz że nie masz, to sami pomagają Ci znaleźć je w kieszeniach. Ogólnie są tak nachalni, że po chwili masz już dość tego miasta i chcesz jak najszybciej stąd uciekać (i więcej tu nie wracać) .

A jak zobaczą ładną dziewczynę (a przy tamtejszych kobietach, to każda Polka jest ładna ;-) i dodatkowo np. blondynkę, to każdy jeden krzyczy lub gwiżdże.

Mimo, że mi udawało sie ich skutecznie ignorować, to widząc co sie dzieje na około, odeszła mi ochota kiedykolwiek tu wracać!